Władzom lokalnym ufa 69 proc. Polaków. Rządowi oraz Sejmowi i Senatowi po 32 proc., partiom politycznym - 19 proc. Te liczby nie rozstrzygają sporu o dwukadencyjność.
Powinny jednak skłonić do namysłu tych, którzy – ignorując ponad dwukrotną różnicę, będącą w języku sportowym spektakularną klęską – boleją nad rzekomą słabością lokalnej demokracji.
Dane CBOS pokazują wyraźną różnicę między zaufaniem do władz lokalnych a oceną instytucji polityki krajowej. Pokazują również większą stabilność tego zaufania. Między lutym 2024 r. a lutym 2026 r. w przypadku władz lokalnych spadło ono z 71 do 69 proc. - o 2 punkty procentowe. W przypadku rządu spadek wyniósł 11 punktów, Sejmu i Senatu - 9, a partii politycznych - 6.
Za tymi liczbami stoi codzienna ocena tego, jak działa miasto i jak decyzje jego władz wpływają na życie mieszkańców. Działanie transportu publicznego, dostępność przedszkoli, stan ulic czy inwestycje pozwalają porównywać obietnice z rezultatami. Władza lokalna podlega konkretnej ocenie. Ponowny wybór burmistrza czy prezydenta może być świadomą decyzją lokalnej wspólnoty, wynikającą właśnie z pozytywnej oceny. Nie ma podstaw, by z góry przedstawiać ją jako dowód istnienia układu. Przeciwnie, znane są spektakularne porażki rządzących, którzy w kolejnych wyborach nie weszli nawet do drugiej tury (np. Kalisz 2018, Gdynia 2023).
Dlatego sprzeciw budzi język, którym Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz opisuje samorząd. Słowa o „spółeczkach”, „posadeczkach” sugerują, że za wieloletnim sprawowaniem urzędu stoją przede wszystkim nieformalne zależności. Konkretne zarzuty wymagają dowodów i rozliczenia. Nie uzasadniają stawiania całego środowiska pod zbiorowym pręgierzem.
Mieszkańcy potrafią udzielać zaufania i potrafią je odbierać. Mogą rozliczać swoich przedstawicieli również przed końcem kadencji. Temu służą referenda odwoławcze. To aktualna praktyka lokalnej demokracji. Siłę jej pokazują referenda z 25 października - mieszkańcy Częstochowy odwołali prezydenta i radę miasta, natomiast burmistrzyni Brzegu i burmistrz Olecka pozostali na stanowisku, ponieważ frekwencja nie osiągnęła progu wymaganego do ważności referendum. Samo poddanie władz takiej ocenie pokazuje, że mandat wyborczy nie zamyka obywatelom drogi do ich rozliczenia.
Referendum nie przesądza o odwołaniu. Potrzebna jest wymagana prawem frekwencja oraz większość głosów. Rozstrzygające znaczenie ma jednak decyzja mieszkańców. To oni mogą uznać, że władza zawiodła i powinna odejść. Powinni też móc zdecydować, że dobrze wykonuje swoje zadania i zasługuje na kolejny mandat.
Związek Miast Polskich – podobnie jak eksperci i inne środowiska – uznaje ustawowe ograniczenie liczby kadencji za niekonstytucyjne. Ogranicza ono możliwość kandydowania, a wyborcom odbiera możliwość ponownego wybrania popieranej osoby. W miejsce oceny jej pracy wprowadza automatyczny zakaz, niezależny od woli lokalnej społeczności.
Władza publiczna musi podlegać kontroli i krytyce oraz ponosić odpowiedzialność. Wysokie zaufanie nikogo z tego nie zwalnia. Nie wolno jednak traktować poparcia mieszkańców jako wątpliwego tylko dlatego, że trwa dłużej, niż życzyliby sobie tego polityczni konkurenci.
O tym, kto zasługuje na dalsze zaufanie, a kto powinien stracić mandat, powinni decydować wyłącznie mieszkańcy. Ich wybór zasługuje na szacunek, zarówno wtedy, gdy przynosi zmianę, jak i wtedy, gdy oznacza kontynuację.
Biuro ZMP

Źródło danych: CBOS, „Zaufanie społeczne”, komunikat nr 30/2026, tabele 2 i 3. Badanie przeprowadzono 5–16 lutego 2026 roku na próbie 967 pełnoletnich mieszkańców Polski.